Kilkanaście dni temu nastał moment na który z wielkim niecierpliwieniem czekaliśmy kilka dobrych lat. Po wielu pojawiających się pogłoskach i publikowanych teaserach, Lorde w końcu zaprezentowała nam pierwszy singiel promujący jej nadchodzącą nową płytę.

Kawałek zatytułowany „Green Light” początkowo wzbudził u nas dość mieszane uczucia. Po jego jednorazowym przesłuchaniu zaczęliśmy poszukiwać melancholii z „Pure Heroine”, a widok wściekle tańczącej Lorde wydawał się być dla nas czymś niemożliwym.

Dziś jednak jednogłośnie możemy stwierdzić, że „Green Light” to absolutnie doskonała, pełna nieoczywistych dźwięków kompozycja, która za nic nie chce opuścić naszych umysłów. W dodatku całość zyskuje zupełnie inny wymiar dzięki klipowi autorstwa Granta Singera z którym przez chwilę porozmawialiśmy.

Jak zaczęła się Twoja współpraca z Lorde?

Szczerze mówiąc, jeszcze kilka miesięcy temu kompletnie się nie znaliśmy – oczywiście osobiście. We wrześniu zeszłego roku – o ile dobrze pamiętam – umówiliśmy się na spotkanie w jednej z nowojorskich restauracji, aby po prostu się poznać. Wtedy też nie poruszyliśmy żadnego tematu związanego z naszą pracą – gadaliśmy zwykłej prywacie.

Gdzieś w grudniu Lorde przesłała mi link do swojego nowego kawałka z pytaniem, co sądzę na jego temat. Wtedy też nie pojawiła się żadna wzmianka jakobym miał wyreżyserować do niego klip. Pomysł przyszedł dość naturalnie kilka tygodni później.

Kiedy więc w Twojej głowie pojawił się pierwszy zarys teledysku? Według mnie, trochę odbiega od Twojej dotychczasowej twórczości. 

Na samym początku ogarnęła mnie totalna pustka. Uwielbiam Lorde jako osobę i jako artystkę, dlatego też cały projekt był dla mnie dużym i stresującym wyzwaniem. W dodatku miałbym przecież pracować przy jej wielkim powrocie.

Przesiedzieliśmy wspólnie wiele godzin podczas których dokładnie opowiedziała mi o przesłaniu piosenki i kulisach jej powstawania. Moim głównym celem było jej jak najlepsze przeniesienie jej charakteru na ekran.

Jaki więc był Wasz główny plan?

Oboje chcieliśmy stworzyć coś ponadczasowego i zbliżonego bardziej do filmu niż teledysku. Dlatego też całość została nakręcona kamerą z tradycyjną taśmą filmową o szerokości 16mm, która w dzisiejszych czasach została niemalże zapomniana. To właśnie dzięki niej zawdzięczamy całą filmowość i między innymi charakterystyczną „ziarnistość” obrazu. Z drugiej strony praca na niej była dużym utrudnieniem – w jej przypadku nie masz możliwości oglądania w nieskończoność nagranej przed chwilą sceny, ani porównania każdej z nich na miejscu. Musiałem więc liczyć na swój instynkt i wiarę w dobry efekt końcowy.

Dużą ilość czasu zajęło nam również poszukiwanie odpowiedniej lokalizacji. Przeszedłem chyba całe moje rodzinne Los Angeles, aby je znaleźć (śmiech). W końcu w dzielnicy Westlake napotkałem się na teren zwany MacArthur Park, który wygląda nieco inaczej niż reszta tego gigantycznego miasta. Jeśli dobrze pamiętam, to właśnie tutaj kręcono chociażby niektóre sceny filmu „Drive”. Jego otoczenie nie jest aż tak charakterystyczne – dzięki temu możemy powiedzieć, że klip mógłby być równie dobrze kręcony w każdym innym mieście na świecie.

W klipie urzekła mnie przede wszystkim naturalność Lorde.

„Green Light” nie posiadało scenariusza w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Owszem, wiedzieliśmy mniej więcej jakie sceny chcemy nagrać, jednak ostatecznie wszystko powstawało naturalnie na planie zdjęciowym – czasem zupełnie przez zwykły przypadek.

Niemal od razu po premierze siecią zawładnęły gify z tańczącą Lorde.

Akurat właśnie za to ją kocham. Jej zachowanie na planie było czystą i spontaniczną improwizacją. Kiedy połączymy jej taniec z muzyką, doskonale widzimy, że całkowicie się w niej zatraciła. Dzięki temu wszystko jest tutaj w pełni autentyczne, co jest rzadkim widokiem w teledyskach.

Wielu też zaczęło się zastanawiać, czemu w klipie do piosenki „Green Light” nie ujrzymy tytułowego zielonego światła. 

No tak, są niebieskie i czerwone światła. Gdzie do cholery jest te zielone? (śmiech). Chyba nie wszyscy do końca zrozumieli tekst tego kawałka. Przecież Lorde wciąż na nie czeka.

Masz jakąś ulubioną scenę?

Naszą wspólną ulubioną sceną jest ta, kiedy Lorde tańczy na dachu samochodu. Ma całkowicie gdzieś otaczający ją świat, a jego kierowca jak gdyby nic stoi obok i pali papierosa. Genialna abstrakcja.

„Green Light” dość znacznie odbiega od dotychczasowej twórczości Lorde. Miałeś jakieś obawy odnośnie reakcji ludzi?

Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to dla niej niezwykle ważny kawałek, którym rozpoczyna zupełnie nowy rozdział w swoim życiu. Jestem nim absolutnie zachwycony, więc nie przyszły mi do głowy żadne myśli w których zastanawiałbym się nad jego odbiorem przez innych. Podobnie było w przypadku samego klipu – po prostu staram się wykonywać swoją robotę najlepiej jak umiem. Mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że jest to jeden z najlepszych teledysków jakie nakręciłem w swoim życiu.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Narazie mam zabookowanych kilka klipów, ale nie mogę zdradzić dla jakich artystów. Od kilku dobrych lat mam również w planach debiutancki film krótkometrażowy – chciałbym, aby kiedyś w końcu ujrzał światło dzienne. Mam nadzieję, że pod koniec roku prace nad nim będą już na tym bardziej zaawansowanym etapie.

Urodzony w Los Angeles Grant Singer zadebiutował w 2012 roku klipem do utworu „How Long Have You Known?” amerykańskiej grupy DIIV. Do tej pory nakręcił między innymi siedem teledysków dla Sky Ferreiry oraz pięć dla The Weeknda. Na jego liście znajdują się również tacy artyści jak Ariel Pink, Little Dragon i Vic Mensa.

Tłumaczenie: Patrycja Król